Przejdź do głównej zawartości

Nic się nie dzieje bez przyczyny, czyli jak zdobyłam drugiego kota mimo, że nie jestem kociarą



Od prawie 1,5 roku jestem posiadaczką leniwego, złośliwego i trochę za dużego kota. Naboki, bo tak ma na imię, uświadomił mi, jak bardzo wolę psy. Zaczynając od latania po całym mieszkaniu i zwalania wszystkiego, co akurat wpadnie na jego drodze, wchodzenia w miejsca do których wolałabym, żeby nie wchodził, próby kradzieży rozmrażającego się mięsa, gryzienie gdy o sekundę za długo do głaszczesz, a kończąc na robieniu ,,numeru dwa’’ obok, a nie w kuwecie. Generalnie miałam z nim ciężką przeprawę i obiecałam sobie, iż nigdy więcej kota, a o drugim nie mam mowy. Jednakże narzeczony, ślepo zakochany w naszym futrze, zamarzył sobie drugiego takiego towarzysza dla Grubaska. Wtedy też stwierdziłam, że to może odpowiedni moment na przygarnięcie jakiegoś pieska, o którym marzę od kilku lat. 

Ale, jak to zwykle bywa z planami, te trzeba często modyfikować pod wpływem zdarzeń, których się nie spodziewamy. Tak i było tym razem. 

Wracałam z pracy, obładowana dodatkowo zakupami. Nagle, tuż pod moim domem, zauważyłam brązową smugę. Okazało się, że parę kroków dalej stoi malutki, brązowy kociak. Zawołałam go, nie spodziewając się że podejdzie. Ale ten śmiało do mnie ruszył, zaczął mruczeć i się przytulać. Rozejrzałam się po najbliższym osiedlu, czy może gdzieś nie miał możliwość wychodzenia. Jednakże nic takiego nie zobaczyłam, a sam zainteresowany nie miał obróżki. Padało, było zimno więc stwierdziłam, że nie mogę go tak zostawić. To był odruch, moment. Wzięłam malucha ze sobą, nakarmiłam. Od razu rozwiesiłam ogłoszenia niedaleko miejsca gdzie go znalazłam, popytałam sąsiadów, a na facebooku udostępniliśmy informację o znalezieniu kotka. Jednakże cisza, nikt nic nie wie, nikt się nie zgłasza, nikt się również nie ogłasza, iż zgubił kotka. Narzeczony zabrał go do weterynarza – maluch 4 miesiące, bez czipa. Decyzję podjęliśmy w sumie już w momencie, gdy go przyniosłam z dworu – musi zostać. 


Tak jak wspomniałam na początku – nie jestem kociarą. Jednakże ten kotek od razu skradł nasze serca i sądzę, że z wzajemnością. W ciągu paru dni nasz rezydent zaakceptował znajdę i okazało się, że to strzał w dziesiątkę – nowy wpływa bardzo pozytywnie na Grubasa, który uspokoił się i stał się bardziej przyjacielski. Ja nie wierzę w przypadki i naprawdę uważam, iż miałam tego kotka znaleźć (jakkolwiek to brzmi). I że czasami warto zrobić coś spontanicznie, nie analizując za i przeciw.

Komentarze

  1. Nie wyobrażam sobie mieć kota w domu. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. My już mamy czwartego kota i drugiego psa. A dzieci jeszcze więcej by chciały, bo kochają zwierzęta!

    OdpowiedzUsuń
  3. Od dziecka jestem zatwardziałą psiarą, nie było dnia, aby mój dom nie miał jednego z nich, ale przez duży przypadek stałam się też posiadaczką kota, szkodnika jakich mało, ale wpadłam z kretesem w sidła miłości do kotów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie było tak samo - aczkolwiek mimo posiadania już 2 kotów nadal jestem psiarą :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Niższy wiek emerytalny, a zmiana płci – orzecznictwo

Prawie optymistycznie

Zdecydowanie nie jestem optymistką, chociaż mimo to staram się szukać jasnych stron w życiu. Blog będzie o wszystkim, co mnie interesuje bądź dopiero zainteresuje - a jest tego sporo. Będąc na pierwszym roku aplikacji radcowskiej teoretycznie nie mam za wiele wolnego czasu, jednakże u mnie sprawdza się zasada, iż im więcej mam obowiązków, tym więcej wolnego czasu wygospodaruję. 
Tak więc wpisy będą różnorodne -  poczynając od swoich przemyśleń, motywacji, co będzie sprowadzać się do tekstów psychologicznych, trochę o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu, trochę o nauce,  poprzez podróże, a kończąc na prawie. 
Mam nadzieję, że zawitasz tutaj na dłużej i znajdziesz coś dla siebie interesującego.

Nic nigdy nie jest czarno-białe, czyli dlaczego warto powstrzymać się od oceniania